Przejdź do zawartości
Przewodnik po Mnogości
Wybierz język🇵🇱
🇵🇱
🇺🇸
ustawienia i dostępność

Teoria systemu wewnętrznej rodziny

Ostrzeżenie! Artykuł porusza temat mnogofobii. Dlaczego to ostrzeżenie jest ważne?

Teoria systemu wewnętrznej rodziny dr. Richarda Schwarza zauważa, że osobowość każdej osoby składa się z dość odrębnych podosobowości, które oddziałują na siebie na podobieństwo relacji w rodzinie.[1] Teoria wyróżnia trzy główne rodzaje części, które występują u większości osób: menadżerów, którzy na różne sposoby starają się zapobiec sytuacjom wiążącym się z negatywnymi emocjami, wygnańców, którzy trzymają te negatywne emocje i wspomnienia, oraz strażaków, którzy starają się „ugasić” negatywne emocje, kiedy już się one pojawią. Oprócz tego model zakłada, że rdzeniem każdej osobowości jest jaźń – część, którą pozostałe części chronią oraz która posiada cechy odpowiednie do pełnienia roli lidera i powinna tę rolę pełnić, aby system pozostawał w harmonii. Więcej o jego podstawowych założeniach można przeczytać na stronie IFS Polska.

Pomimo podobieństwa terminologii do tej mnogiej (systemy i części), moim zdaniem założenia teorii systemu wewnętrznej rodziny wcale nie oznaczają, że każda osoba jest mnoga. Mówienie tak o całym społeczeństwie zupełnie pozbawiłoby to słowo jego znaczenia, które teraz zwraca uwagę na fakt, że nasza wewnętrzna organizacja znacząco różni się od tej typowo signleckiej. Oczywiście mnogość istnieje na spektrum i nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, przy jak bardzo oddzielnych częściach singletka przestaje być singletką, a zaczyna być medianowym systemem. Ale doświadczenia typu: „jedna część mnie chce tego, a druga tego” są normalne dla praktycznie każdej osoby pojedynczej. Według teorii systemów wewnętrznej rodziny te części to nie jedynie metafory na posiadanie sprzecznych pragnień, a spójne podsystemy wewnątrz złożonej struktury naszej osobowości, które mogą posiadać własne potrzeby czy wzorce zachowań, a ich zauważenie i zaakceptowanie to niezbędny krok do życia w zgodzie z samą sobą. Co istotne, teoria nie oczekuje, że części muszą się między sobą różnić w kwestii wyglądu, imienia, mentalnego wieku czy innych aspektów tożsamości – metafora oddziałującej na siebie rodziny może trochę wprowadzać w błąd, ale do stwierdzenia obecności części wystarczą same myśli lub emocje. Mnogość jest tutaj jednym ze sposobów, na które osoba może doświadczać swoich części, który sam w sobie nie stanowi problemu (muszę zaznaczyć, że to mój wniosek – pojęcie „mnogość” jest najprawdopodobniej autorowi obce). Problem powoduje brak integracji i koordynacji, pojawiający się przy przewlekłej i poważnej krzywdzie, przez które wewnętrzne rodziny osób z dysocjacyjnym zaburzeniem tożsamości stają się bardziej spolaryzowane, odizolowane i nastawione na obronę, przez co system traci zdolność do pogodzenia swoich sprzecznych potrzeb.[1] Możemy wnioskować, że to samo będzie tyczyć się innego określonego zaburzenia dysocjacyjnego typu pierwszego, ale nie wiem, czy dr Schwarz kiedykolwiek się do niego odniósł w swoich pracach.

Teoria systemu wewnętrznej rodziny to bardzo użyteczna model w rozumieniu naturalnej mnogości, ale zauważam w zastosowaniu jej do tego tematu dwa główne problemy. Pierwszy, obecny w większości psychologicznych modeli mnogości, to pominięcie doświadczeń systemów, które nie składają się z części jednej osobowości. Wszystkie moje współosoby i osobowości, z pominięciem tych fragmentarycznych, składają się z co najmniej kilku dość odrębnych części, które pewnie można by było mniej więcej dopasować do wyróżnianych przez teorię kategorii. Jestem przekonany, że sprawa wygląda podobnie u wielu innych systemów. Sprowadzanie nas do części może być nie tylko bolesne, ale też prowadzić do utraty terapeutycznego potencjału, który miałaby praca z częściami poszczególnych współosób – i to również dla systemów, które same używają wobec siebie języka części.

Drugi problem leży w zastosowaniu do mnogich systemów przedstawionego w teorii konceptu jaźni. Po pierwsze, chociaż sama teoria nie wydaje się sugerować takiego podejścia, obawiam się, że w wielu przypadkach u świadomie lub podświadomie mnogofobicznych osób terapeutycznych umocni on niezwykle krzywdzące przekonanie, że jedną współosobę należy uznać za tą „prawdziwą” lub „najważniejszą”, albo że takie osoby bez zastanowienia przypiszą rolę jaźni do współosoby gospodarującej. A po drugie uważam za bezpodstawne założenie, że posiadanie jednej osoby liderskiej jest niezbędne do osiągnięcia harmonii w systemie, oraz że każdy system będzie posiadać zawsze tylko jedną współosobę o charakterze odpowiednim do pełnienia tej roli (albo że w ogóle musi taką posiadać). Decydowanie, jaki rodzaj wewnętrznej struktury będzie dla systemu odpowiedni, nie powinno należeć do zadań osoby terapeutycznej, ale samego systemu. Dla niektórych faktycznie najlepsza będzie władza jednej współosoby, która bierze pod uwagę zdanie i dobro wszystkich innych, ale dla innych lepiej się sprawdza władza kilku lub demokratyczne podejmowanie wszystkich ważnych decyzji.

Pomimo wyżej wymienionych wad zdecydowanie wolę ten model od teorii strukturalnej dysocjacji, ze względu na jego skupienie na osiągnięciu akceptacji i współpracy wewnątrz systemu, a nie eliminacji jakichkolwiek oznak mnogości w umyśle. Poza tym w niezmodyfikowanej w żaden sposób formie może być niezwykle przydatny w rozumieniu wewnętrznego funkcjonowania i prowadzeniu terapii dla wielu medianowych systemów.

Przypisy



Utworzono: 03.11.2025