Rozwiązanie na traumogeniczne bóle
host/Morgan/Sławek/Natasza (host) (on/jego) | 09.10.2026
Jeśli kolory tekstu utrudniają ci czytanie, możesz je wyłączyć w ustawieniach.
Ból jest częstym objawem somatycznym u osób po traumie, a ze złożonym zaburzeniem dysocjacyjnym w szczególności. Ja odczuwam słaby ból w całym ciele tak regularnie, że nawet przestałem go już postrzegać jako ból, jedynie dyskomfort. Dopiero reakcje moich współosób, które bardzo rzadko pojawiały się na froncie („jak ty tak żyjesz na co dzień?!”), uświadomiły mi, że może to nie jest normalne, coś jest nie w porządku. Ale już od dzieciństwa miałem też intensywne bóle, których nie dało się tak zignorować. Najbardziej pamiętam bóle ud, od których czasem budziłem się w nocy. Matka uważała, że to dlatego, że za dużo siedzę przy biurku z podkurczonymi nogami, ale doszedłem już do wniosku, że przyczyna była inna.
Przez długie lata uznawałem różne, nie do końca trafne tłumaczenia. Że głowa boli mnie od siedzenia przy komputerze, plecy od braku ruchu. I pewnie te rzeczy też mają jakiś wpływ, ale potem zauważałem, że spędziłem cały dzień na uczelni i też skończyłem z bólem głowy, albo byłem przez jakiś czas dość aktywny fizycznie i mimo to bolą mnie plecy. Nie pamiętam, kiedy zacząłem uważać bóle mięśni za spowodowane stresem, ale na pewno o prawdziwości tego stwierdzenia byłem przez długi czas bardzo silnie przekonany. Bo często faktycznie pojawiały się one w sytuacjach stresowych, jak przed egzaminem. I jeszcze koleżanka utwierdziła mnie w przekonaniu, mówiąc, że podobno niektóre osoby mają taki anatomiczny wariant, że ich mięśnie przy dużym napięciu uciskają nerwy bólowe. I niewykluczone, że to jest mechanizm, przez który moje emocje wywołują te bóle, ale aktualnie mam co do tego wątpliwości.
Dopiero jakoś na przestrzeni poprzedniego roku zacząłem orientować się, że to nie kwestia stresu. Nie bolało mnie w ten sposób przed wizytą u lekarki, podróżą pociągiem czy wykonaniem telefonu, a takie rzeczy potrafią być dla mnie bardzo stresujące. Ból pojawiał się za to przy sytuacjach, które raczej stresujące nie były, jak pominięcie wykładu czy scrollowanie shorstów na YouTubie, kiedy powinienem już iść spać. A chyba największą wskazówką były bóle w okolicach intymnych. Wcześniej myślałem, że po prostu fizycznie przesadzam, ale okazało się, że same próby myślenia lub pisania o moich fantazjach w gorsze dni potrafiły wywołać niezwykle ostry ból, nie musiałem się nawet dotykać. Zresztą nie dotyczyło to jedynie seksualności, nie byłem w stanie skorzystać z tampona, a o badaniu ginekologicznym zwyczajnie nie mogło być mowy – za to nie mogę już winić swojej orientacji i uważam, że przyczyną było wychowanie z poglądem, że masturbacja to grzech. Na początku myślałem, że ból to sposób mojego organizmu na mówienie mi, że robię coś, czego nie powinienem robić, i starałem się tego słuchać. Ale ból pojawiał się też w sytuacjach, których nijak nie mogłem w ten sposób zinterpretować – poszedłem na nudny wykład i też bolała mnie głowa, w trakcie miesiączki bolały mnie wszystkie mięśnie, nawet kiedy przeszedłem na tabletki, przy których miałem praktycznie jedynie plamienie i nie dało się wytłumaczyć bólu niedoborami spowodowanymi utratą składników. Ostatecznie utwierdziłem się w przekonaniu, że chodzi o poczucie winy i wściekłość na siebie, kiedy próbowałem raz zminimalizować ból głowy autohipnozą. Nie zadziałało, ale za to odkryłem, że kiedy skupię uczucie nienawiści do siebie, mogę go znacznie pogorszyć. Stwierdziłem wtedy, że to najmniej przydatna umiejętność, jaką kiedykolwiek u siebie odkryłem. Autohipnoza pozwoliła też odkryć dość interesującą rzecz: moją odpowiedzią na prośby opiekuna, żebym spróbował złagodzić ten ból, odpowiadałem, że nie chcę. Że zasługuję na to, żeby cierpieć. Że nienawidzę się tak bardzo, że chcę tylko sobie zadać więcej bólu. (Tak tylko przy okazji przypomnę, że hipnoza jest narzędziem, a nie absolutną wyrocznią, i trzeba interpretować wszystko z rozsądkiem – zdarzało mi się w tym stanie mówić i rzeczy, które w ogóle nie miały sensu.)
Przemoc zostawia w podświadomości bardzo głęboki ślad. Zostałem w dość wczesnym dzieciństwie nauczony, że kiedy robię coś „nie tak”, zasługuję na ból. Racjonalna część mojego umysłu już dawno pozbyła się tego wierzenia. Rozumie także, że krzywdzenie nijak nie pomaga nikomu poprawić swojego zachowania, przeciwnie, prowadzi do wyniszczenia psychiki i czyni jakąkolwiek poprawę znacznie trudniejszą. Ale psychika każdej osoby składa się z pewnych części i prawdopodobnie największa różnica istnieje właśnie pomiędzy racjonalną a emocjonalną częścią, z racji tego, że znajdują się one w oddzielnych półkulach mózgu (w dużym uproszczeniu). Podejrzewam, że dysocjacja jeszcze tę różnicę zwiększa. I tak, kiedy myślałem, że mam już przepracowanie tej traumy za sobą, emocjonalna część mnie wciąż trzymała się uwewnętrznionych w dzieciństwie przekonań. Do tego doszły także uwewnętrznione już później przekonania, co ludzie myślą, że powinno spotkać takie osoby, jak ja. Które być może nie miałyby się o co zaczepić, gdybym wyniósł z dzieciństwa wiarę, że nie zasługuję na cierpienie, niezależnie od wszystkiego. A jako że moja podświadomość miała także głęboko zakorzenione pohamowanie przed fizycznym samookaleczaniem (nawet nigdy nie przyszło mi ono do głowy), musiała jakoś znaleźć inny sposób na zadawanie sobie bólu. Jak to do końca działa nie wiem, ale musiała sięgnąć do już istniejących mechanizmów na wywoływanie tego uczucia bez fizycznego bólowego bodźca – nie raz miałem sny, w których doświadczałem czegoś, co naprawdę bolało, mechanizm tutaj pewnie jest podobny. Lub być może faktycznie wykorzystała bóle od napięcia mięśni, ale musi to robić punktowo – w innych sytuacjach boli mnie głowa, w innych uda, plecy, brzuch, genitalia, a w jeszcze innych całe ciało.
Na początku odkrycie tego mechanizmu wcale mi nie pomogło, wręcz przeciwnie. Zacząłem się obwiniać i być na siebie wściekły za to, że sam sobie jeszcze utrudniam funkcjonowanie. Kilka osób z systemu próbowało pomóc, zwłaszcza mój opiekun, ale kiedy mówiły mi, że to tylko pogarsza moją sytuację, przecież sam nie chcę cierpieć i powinienem przestać, tylko się bardziej obwiniałem. I, jak możecie się domyślać, bóle się wtedy pogorszyły. Zaczęło się poprawiać dopiero, kiedy mój systemowy terapeuta podszedł do sprawy z nieosądzającej perspektywy. Stwierdził, że to naturalne, że mam takie podejście do siebie po tym, co przeszedłem, i nie można oczekiwać, że je zmienię z dnia na dzień. I że mam prawo czuć się na siebie wściekły, kiedy tyle moich problemów jest konsekwencją moich własnych działań, nawet jeśli ich podłoże bierze się z traumy, na którą nie miałem żadnego wpływu. Jeśli znajdujecie się w podobnej sytuacji, na pewno pomoże wam wiedza, że nad podświadomymi działaniami często nie ma się bezpośredniej kotroli – może i często czułem, że chcę sobie zadawać ból, ale to nie znaczyło, że potrafiłem jakkolwiek przestać. Do tego potrzebowałem kogoś, kto pokazałby mi, że jego akceptacja dla mojej osoby nie ma w sobie żadnych warunków, i pomógł mi uwewnętrznić to podejście (to była jedna z pierwszych lekcji do przerobienia – „mogę ci cały czas powtarzać, że jesteś wartościową osobą, ale jeśli nie zaczniesz tego mówić sam sobie, nie zrobisz żadnych postępów”; nadal nie mogę wyjść z podziwu, że gościu pracuje wyłącznie z wiedzą, którą niby sam posiadam). Jeśli próbujecie pomóc bliskiej osobie, która się samookalecza (w jakikolwiek sposób), miejcie na uwadze, że nie da się tak po prostu przestać kogoś nienawidzić, nawet jeśli ten ktoś to ty. Jeśli poczucie winy lub niezrozumienia ze strony innych grają dużą rolę, rzeczy takie jak „nie rób tak”, „jak możesz nienawidzić taką cudowną osobę?” czy „boli mnie, kiedy się ranisz” (nie mówiąc już o „to jest złe”), mogą brzmieć jak atak i raczej tylko się do tych emocji dołożą. Co powinniście zrobić zamiast tego, to spróbować dotrzeć do tej emocjonalnej części i pokazać jej, że da się ją kochać.
Terapia to długa droga i po ponad półtora roku nadal nie mogę powiedzieć, że się od tych uczuć i bóli w pełni uwolniłem. Ale różnica w jakości życia jest ogromna. Wcześniej głowa bolała mnie chyba częściej, niż nie bolała, czasem tylko od tego nie chciałem dłużej żyć. A teraz pojawiają się może parę razy w miesiącu, w sytuacjach, w których jestem na siebie o coś naprawdę zły, jak dobrowolne pojechanie na rodzinne spotkanie, bo nie mogę się pozbyć naiwnej nadziei, że a nuż chociaż ktokolwiek mnie zaakceptuje, albo oglądanie YouTube'a, bo przecież wiedziałem, że mogę znowu usłyszeć raniącą rzecz od kiedyś dla mnie bardzo ważnej osoby, albo misgenderowanie samego siebie przy koleżance, bo nie miałem odwagi jej zakomunikować, że teraz frontuje osobowość używająca żeńskich zaimków. I możecie powiedzieć, że przecież nic z tego nie jest moją winą, ale dla straumatyzowanego umysłu nie ma to znaczenia – nie mam wpływu na inne osoby, liczy się tylko, czy mogłem w jakikolwiek sposób temu zapobiec. Jeśli powiesz, że to ich wina, i nic nie zmienisz w swoim zachowaniu, nie przeżyjesz. To tak na marginesie. I oczywiście bywają gorsze okresy, gdzie dużo stresowych sytuacji się na siebie nakłada i zaniedbuję troszczenie się o swoje emocjonalne potrzeby. Ale naprawdę rzadko się już zdarza, żeby głowa rozbolała mnie do tego stopnia, że nic się już nie da robić, tylko spać (tabletki prawie nigdy mi nie pomagają). Kiedy czuję, że się zaczyna, często mogę jeszcze zareagować, przytulić tę emocjonalną część (tylko na wpół metaforycznie, bo często jestem w stanie zidentyfikować podosobowość, od której płyną te uczucia), pozwolić się sobie zrelaksować, zjeść coś dobrego, a przede wszystkim zmonitorować moje wymagania i oczekiwania względem siebie. Często miałem z samym sobą relację, jak z niezwykle toksycznym rodzicem. Oczekiwałem, że będę mieć same piątki na studiach, i będę się dodatkowo przygotowywać do przyszłej pracy, i będę pisać najlepiej jeden artykuł dziennie na Przewodnik, i wrzucać jeden filmik na YouTube'a na miesiąc, i dawać wszystkim współosobom czas na froncie, i uczyć się trzech języków jednocześnie, i znajdować czas na wszystkie swoje hobby, lista się nie kończyła, a do tego jeszcze żebym się nigdy nie stresował, był szczęśliwy i w ogóle nie miał żadnych psychicznych problemów. Cokolwiek nie zrobiłem, nic nigdy nie było wystarczające. Nie ważne, jaką decyzję podjąłem, zawsze była zła. Pisałem coś na Przewodnik – źle, bo wyniszczam swoją psychikę i nie skupiam się na swoim zdrowiu i nauce; nie pisałem przez parę dni – też źle, bo skupiam się na codziennych sprawach, kiedy niezliczone ilości ludzi na świecie cierpią i nie robię nic, żeby im pomóc. Nie poszedłem na wyład – źle, bo się nie przykładam i nie uczę; poszedłem na wykład – też źle, bo się nudzę i cierpię od niewygodnej drewnianej ławki, a mógłbym się tego nauczyć sam w domu w podobną ilość czasu. Uczę się teraz czegoś przeciwnego, żeby wspierać samego siebie w swojej decyzji, niezależnie od tego, którą podjąłem, bo każda bierze pod uwagę inne moje potrzeby. Innymi słowy: uczę się akceptować każdą część siebie zawsze, bezwarunkowo. Czasem jest to trudne, bo niektóre części mnie ze względu na traumę stały się zupełnym przeciwieństwem tego, co od zawsze uważałem za definicję dobrej osoby, i świadomość, jak wiele osób by mnie znienawidziło, gdybym odważył się je pokazać światu, nie pomaga. Ale postęp jest zdecydowanie zauważalny. Bardzo też pomogło wypracowywanie kompromisów pomiędzy różnymi częściami mnie. Wszyscy mamy różne potrzeby, których spełnienie czasem stoi ze sobą w sprzeczności, ale powinniśmy zadbać o wszystkie części siebie, zamiast próbować odnaleźć tę „prawdziwą”. Na przykład w przypadku aktywizmu największy konflikt wywiązywał się z powodu ilości czasu, którą na niego poświęcałem, bo zaniedbywałem przez to wszystkie inne potrzeby (co zresztą prowadziło nie tylko do mojego wewnętrznego konfliktu, ale i konfliktu z Irlanem i moim opiekunem, przez co też potem zawsze tak bardzo się obwiniałem przy robieniu czegokolwiek w tej kwestii). Później, kiedy zacząłem rozumieć, jak bardzo uprzedzona wobec mnie jest znaczna więkość osób, którym próbuję tutaj pomóc, doszedł do tego kolejny konflikt pomiędzy częścią, która chce pomagać wszystkim, a częścią, która nienawidzi ludzi i uważa, że większość nie zasługuje na mój czas i energię. Pomogła tutaj zasada, zasugerowana przez mojego terapeutę: najwyżej godzina dziennie, z zegarkiem w ręku. Oczywiście nie zawsze udaje mi się do niej w pełni stosować, ale pozwala mi powoli zmieniać ten świat na lepsze, jednocześnie ucząc się powoli w końcu żyć dla siebie. I dzięki niej częstotliwość bóli głowy, które dostaję przy pisaniu lub szukaniu informacji, zmniejszyła się ogromnie. Pomogła też bardzo współpraca z najbliższymi współosobami, bo niechcący bardzo się przyłożyli do mojego poczucia winy w tej kwestii, ale chcieli się nauczyć mnie wspierać w tym, co jest dla mnie bardzo ważne, jednocześnie pomagając mi się tym nie krzywdzić.
Oczywiście każda osoba i każdy system jest inny. To tylko moje własne doświadczenie, i to w mojej własnej interpretacji, która nawet nie mam pewności, czy jest prawidłowa, u was sprawa może wyglądać zupełnie inaczej. Wydaje się dość powszechne, żeby od stresu bolał brzuch, słyszałem też o napięciowych bólach głowy, więc to może być mechanizm, przez który chociaż część z tego u mnie działała i może być przyczyną i u was. Na pewno troszczenie sie o samego siebie zmniejszyło mój ogólny poziom stresu i lęków. W takiej sytuacji leki na zaburzenia lękowe mogą wam pomóc, tak samo jak niefarmakologiczne sposoby na zmniejszenie ilości stresu, oraz potencjalnie masaże i rozciąganie, żeby rozluźnić mięśnie (aczkolwiek te ostatnie dla mnie akurat nigdy za dużo nie robiły, psychologiczne czynniki wydają się być o wiele ważniejsze). Jeśli jak ja jesteście na spektrum autyzmu, zwiększona przez autystyczne wypalenie wrażliwość na bodźce też może być przyczyną. W pewnym momencie zacząłem nosić na uczelnię poduszkę, bo po prostu nie byłem w stanie wytrzymać dwóch wykładów pod rząd na twardej ławce, w gorsze dni bolało nawet to, że mam na sobie ubrania. Nauka przepracowywania swoich emocji i nienakładania na siebie tylu oczekiwań niezwykle pomogła z objawami wypalenia i chociaż nadal się w pełni nie podniosłem i nadal siedzenie na czymś twardym sprawia mi trochę bólu, jest to już poziom do wytrzymania. Inną możliwą przyczyną, której u mnie akurat raczej nie było, są flashbacki bólowe. Nie każdy flaschback to pełna halucynacja traumatycznego wydarzenia i jeśli ból pojawia się w tych samych miejscach, a zwłaszcza w odpowiedzi na pewne triggery i jeśli czujecie, jakby coś fizycznego ten ból wywoływało albo towarzyszą temu inne wrażenia zmysłowe, to może być odpowiedź. Przepracowanie tej traumy pewnie będzie konieczne, żeby się tego pozbyć.
I jeszcze jedno, ja opisywałem tutaj pracę z częściami siebie, która odbywała się głównie na podświadomym, emocjonalnym poziomie. Tak, mogę zidentyfikować tę wściekłą podosobowość, która trzyma w sobie odruchy samookaleczania, i czy ja, czy moje współosoby mogą z nią porozmawiać, co w przypadku osoby singleckiej już raczej nie będzie możliwe, ale tak czy inaczej słowami nie można jej przekonać do przestania, bo ona sama nie ma nad tym kontroli. Ale system, który polecił mi autohipnozę i z którym potem rozmawiałem o swoich odkryciach, zwrócił mi uwagę, że być może to jakaś współosoba jest na mnie zła i to wywołuje. Odrzuciłem tę możliwość, bo prawie zawsze, kiedy próbowałem się doszukiwać przyczyny czegoś we wpływie moich współosób, okazywało się, że to byłem ja (chociaż niewykluczone, że kiedy ktoś blisko frontu się na mnie denerwuje, mój stan się pogarsza). Ale jeśli jesteście bardziej klasycznych przypadkiem, może zdarzyć się, że któraś z osób alterskich ma zdolność do świadomego i celowego wywoływania bólu (i nie tylko – zdarzają się nawet ataki padaczki czy omdlenia), czy to żeby was „ukarać”, czy powstrzymać przed robieniem czegoś, co postrzega za niebezpieczne, czy z wielu innych powodów. Różni się to od mojej podsystemowej sytuacji tym, że często wystarczy z tą osobą porozmawiać, zwrócić jej uwagę, że rani tym system, i zasugerować lepsze sposoby na to, co próbują robić, żeby przestała. Na przykład: „to bardzo ważne, że ostrzegasz hosta przed zaufaniem niebezpiecznym osobom, ale bóle głowy bardzo źle na niego wpływają, czy mogłabyś zamiast tego mówić mu, że ta osoba nie jest godna zaufania?”, albo: „twoja rola była niezwykle ważna, żeby uchronić gospodynię od bólu, ale nie musisz dłużej tak robić. Mieszkacie teraz sami i jesteście bezpieczni, nic się nie stanie, jeśli przez kilka dni nie umyje naczyć albo nie pościera kurzy.”. Ale tutaj taka uwaga, że czasami ktoś może się w ten sposób mścić za coś, czym ty go ranisz (na przykład nie pozostawianie im przestrzeni na frontowanie, wypieranie, że istnieją), i wtedy to ty w pierwszej kolejności musisz nad tym popracować (po więcej patrz: Radzenie sobie z osobami prześladującymi). I same systemowe konflikty mogą być tutaj przyczyną – dosyć często można się spotkać z systemami, u których zamiany wywołują bóle głowy, i może się to wiązać z walkami o front. Ja nigdy nie zauważyłem, żeby zamiany tak na mnie wpływały, a przełączam się czasem może nawet kilkadziesiąt razy dziennie. Tutaj jedyną opcją są kompromisy, kompromisy i jeszcze raz kompromisy. Życie z innymi jest bardzo trudne (i tyczy się to nie tylko życia we wspólnym ciele!), ale trzeba się nauczyć trochę ustępować i znajdować rozwiązania, które nie będą zbyt obciążające dla żadnej ze stron (po więcej w temacie patrz: Systemowa współpraca ).
I jeszcze tak na koniec przypomnę, żebyście koniecznie poszli na badanie lekarskie, jeśli terapia w tej kwestii nie pomaga (mamy tu na myśli nie jedną sesję, efekty mogą być zauważalne dopiero po paru miesiącach; polecam prowadzenie dziennika, żeby móc zobaczyć poprawę, bo przy stopniowym działaniu z dnia na dzień się jej nie zauważa, dopiero jak przypomni się sobie, jak to kiedyś wyglądało). A jeśli bóle są tak intensywne, że nie możecie funkcjonować, to najlepiej od razu. Ja dwa razy byłem się badać w nadziei, że moje wszystkie objawy (jak ból, ciągłe zmęczenie, suchość w ustach, drętwienie rąk po spaniu itp.) są wytłumaczalne czymś tak prostym, jak anemia albo nawet pasożyty, żeby wystarczyło wziąć tabletki czy uzupełnić niedobory w diecie i wszystko było pięknie. Obie lekarki rodzinne odesłały mnie do poradni psychologicznej po zobaczeniu wyników. Teraz myślę, że drugi raz był zbędny, ale i tak lepiej zbadać się profilaktycznie, niż wcale. Psychiczne problemy nie wykluczają występowania też fizycznych chorób, a nawet mogą czynić je bardziej prawdopodobnymi (stres jest bardzo zły dla zdrowia). A czasem medyczne wsparcie może pomóc nawet, kiedy podłoże bólu jest czysto psychiczne. Jestem teraz prawie pewny, że z czasem moje miesiączki stały się bolesne z kombinacji różnych powodów – poczucie winy, kiedy matka zaczęła zwracać uwagę, że przeciekanie już mi się nie powino w tym wieku zdarzać, poczucie winy, że „marnuję” pieniądze i plastik (co prowadziło do używania cieńszych wkładek zbyt wcześnie i znowu przeciekania; przeżucenie się na materiałowe podpaski bardzo pomogło), potem ogromna frustracja, że z takim trudem uzyskane składniki odżywcze tak sobie ze mnie bez przyczyny wyciekają, dysforia płciowa i samonapędzająca się nienawiść do samego okresu, bo jak miałem pozytywnie postrzegać coś, co sprawiało mi cierpienie. Aż w końcu stopniowo przeszedłem od zupełnie bezbolesnych krwawień do takich, w których przez pierwsze dni nie byłem w stanie iść do szkoły. Początkowo na tabletkach nadal miewałem takie bóle, żeby budzić się w nocy lub być blisko wymiotowania i mdlenia, ale przynajmniej dały mi nadzieję. Nie wiem, czy nadal był bym wśród żywych, gdybym nie miał do nich dostępu. A te, na których ostatecznie zostałem, dały mi możliwość doświadczania tego cierpienia jedynie raz na trzy miesiące. Taka przestrzeń z pewnością pomogła mi podnieść się psychicznie w ogólności i teraz jest nieopisanie lepiej. Bolesne miesiączki mogą być częstsze u osób po traumie, więc polecam wam skorzystać z dostępnych opcji, nawet jeśli przyczyna jest czysto psychiczna. Oczywiście mając wszystkie potencjalne skutki uboczne na uwadze, nie jest to coś, co polecałbym dla samej antykoncepcji czy komfortu.